Dawno, dawno temu, kiedy nie-rodzice byli dziećmi, bardzo chcieli mieć pieska. Suszyli więc głowy swym rodzicom, że pies jest cudny, że będą się opiekować, wychodzić na spacery, dbać, dokładać się z kieszonkowego. Nawet plakaty rysowali i strajkowali, że chcą psa. Rodzice nie-rodziców się zgodzili, w przypadku Doroty na bokserkę, w przypadku Tomka - na jamnika szorstkowłosego. I tak sobie mieszkali z psami, nawet gdy się już jako dorośli spotkali, to mieli nadal dwójkę psich staruszków.

Potem dorośli nadal nie-rodzice zamieszkali razem i się zakocili. Najpierw kotem Fierem, potem kotą Chichiko.

Myśleli, że wyrośli z psa, zwłaszcza, gdy w ich życiu pojawiły się dzieci. Doba stała się za krótka, świat kręcił się wokół dzieci i starzejących się kotów. Dzieci podrosły (Laura 7 i Bruno 5,5 lat) i zaczęły marudzić, że piesek, że będą się opiekować, że wstawać nawet będą i karmić i wszystko, byleby pies był. Rodzice podumali, że w sumie już mają dom z ogrodem blisko lasu, że warunki na psa są i że historia lubi się powtarzać. No i doszli do wniosku, że pies to fajny zwierz. Zakupili więc książki na temat psów, wychowania i zaczęli z dziećmi negocjować. Pierwszą wspólną decyzją był biały pies (no dobrze, matka została przegłosowana 3:1), drugą, że raczej duży (4:0), a w międzyczasie Tomek zaczął przebąkiwać, że jakiś północniak, który kiedyś mu się marzył. Naturalnie zaprowadziło nas to w kierunku Samojedów, ale Dorota na myśl o ilości futra zaczęła desperacko proponować welsh corgi cardigan , który jest średni i małofutrzasty. Nie udało się jednak już namówić reszty rodziny. W międzyczasie okazało się, że znajomi mają hodowlę wspaniałych malamutów. I niespodziewanie w jednym z miotów zostali obdarowani trzema białasami. I tak trafił do nas biały malamut - Haker. Urodzony 1. października, do nas przybył w grudniu 2016 r.

Uczymy się siebie nawzajem. Biegamy po lesie. I trochę piszemy o naszym życiu z psowatym.

Jest nas 2+2+1, czyli dwójka dorosłych, dwójka dzieci i pies.